Zachcianki i pragnienia

 

“Jeśli mistrz tego nie chce, to nie jest służenie”. Przeczytałam to zdanie ponownie kilka dni po tłumaczeniu Panu jak bardzo chce X, jak to ważne dla mnie, jak mi zależy, a On w końcu zgodził się na to o co prosiłam. Tu można by postawić kropkę.

A potem spojrzałam ponownie na to zdanie i wyszłam dalej niż jego pierwotne znaczenie. Pomyślałam jak często ostatnio jest: "ja chce", "ja uważam", ja" i "ja" i znowu "ja". "Rozgrzeszyłam się" bo przecież ja nadal jestem posłuszna, nie robię nic wbrew Jego woli. Ale czym się w sumie kieruje? Jaka jest moja intencja? Czy nie tracę z oczu ‘my’ gdy tak bardzo skupiam się na ‘ja’? Świat nas do tego zachęca, to zdrowe chcieć, myśleć o sobie, o swoich oczekiwaniach i pragnieniach. Nie neguję tego, wiem, że równowaga jest potrzebna, mało tego służy związkowi na dłuższą metę. Ale myślę o tym teraz głębiej, z perspektywy niewolnicy. Długo mierzyłam się z pytaniem - czy można pozbyć się swoich pragnień czy oczekiwań? Miałam różne odpowiedzi, ale teraz pytam bardziej realistycznie: Jak połączyć pragnienie całkowitego oddania z innymi własnymi pragnieniami, "chceniem" gdy te są odmienne od pragnień Pana?

Ciągle uczę się, zmieniam, balansuje dwie sfery jakbym miała przed sobą wagę i próbowała rozłożyć odważniki tak, by waga utrzymała równowagę. A może to naturalne, że ta nierównowaga będzie? A może to naturalne, że raz będzie tak, a raz inaczej, a może cała trudność M/s właśnie na tym polega? Na tym by przekroczyć własny egoizm? Mam wrażenie, że im dalej w las, tym więcej mam pytań, a mniej odpowiedzi, które kiedyś wydawały się mi takie naiwnie oczywiste. Zmagam się z tym, szukam, kombinuje i myślę. A potem zastanawiam się: po co, skoro przecież sama wybrałam, że ma być po Jego, zgodnie z Jego pragnieniami i nadal chce by tak było. Paradoksalnie to, co mi w tej sytuacji trochę pomaga, to to że w gruncie rzeczy to nie ma znaczenia dla mojego niewolnictwa. Bo jestem Jego. Bez względu na to czy jest mi prosto, czy trudno i jak mocno zgadzamy się lub różnimy i czego ja chce lub nie chce. Jakże mi trzeba tej stałości, która z tego wynika. Niewolnictwo goreańskie nie zależy od mindsetu, jak ktoś to ładnie ujął.

Ale czasem dzieje się coś dziwnego, magia uległości czy może bardziej magia niewolnictwa. Zapominam o "ja", odkładam na bok "ja chce". Już nie muszę chcieć. Nie ma w tym już żadnej straty ani trudności, bo nie potrzebuje już chcieć, nie chce już chcieć, to wszystko o co prosiłam zdaje się blade i nic nieznaczące. Wszystkie "chcenia" przestają się liczyć. Poza jednym - chcę być Jego. Nagle nic więcej nie ma już znaczenia. Nie potrzebuje nawet żadnej chłosty, praktyk, wrażeń, spełniania fantazji, potrzebuje tylko i aż być Jego. Odkładam na bok zachcianki i fantazje. I wtedy dopiero jestem otwarta i gotowa ‘być dla Niego’. I wtedy - w tym - dostaje wszystko.


Komentarze

Popularne posty