Co ze mnie za niewolnica?
Zazwyczaj jest tak ze wstaje rano, szykuje
śniadanie, kawę dla Pana, budzę go dopiero jak ogarnę wszystko, czuję że służę
i... wszystko jest na swoim miejscu.
Czasami jest tak, że rano jestem tak zmęczona trudnościami tygodnia, albo
choroba, że chociaż przychodzi weekend i bardzo bym chciała zrobić tak jak
wyżej nie mam siły się podnieść. I wtedy śpię, a Pan robi śniadanie, i ja
dostaje je do łóżka. "Co ze mnie za niewolnica" - myślę sobie -
"przecież powinno być odwrotnie".
Zazwyczaj jest tak, że chłosta, praktyki, i
wszystko idzie pięknie, wprowadza mnie w subspace, znoszę ból i oboje zanurzamy
sie w przyjemności.
Czasami jest tak, że coś pójdzie nie tak, ciało mnie nie słucha, a ja
zamiast w przyjemność spadnę w frustrację dlaczego nie działa i nie mogę Mu dać
tego, co bym chciała. A potem już tylko o krok do tej myśli we mnie "co ze
mnie za niewolnica".
Zazwyczaj jest tak, że umiem komunikować się z
dużym szacunkiem, jestem przyjemną, uśmiechnięta, pogodna i gotowa wylewać z
siebie miłość i oddanie.
Czasami jest tak, że coś uderza mnie mocno nie tam gdzie trzeba, coś pójdzie
nie tak, albo przebodźcuję sie hałasem, liczba ludzi, obowiązkami, próbuje byc
przyjemną ale czuję, że to nie to, ze nie potrafię być w tym momencie w tym
oddaniu tak, jakbym chciała. I On to zauważa. I wtedy przychodzi myśl "co
ze mnie za niewolnica".
Czasem sama dla siebie jestem najgorszym i
najbardziej surowym Masterem, heh :).
Tak sobie myślę, ze mimo wszystkich ustaleń, zasad,
a może twardych zapisów w kontraktach, czasem w relacji M/s potrzeba zwyczajnie
elastyczności i reagowania na sytuację, czasem odpuszczania. Bo czasem życie
zaskakuje, nasze ciało zaskakuje, nasze emocje zaskakują. I często nie jest to
nawet niczyja wina. A gdy On wtedy odpuszcza, reaguje na to, że coś nie działa
elastycznością, wprowadza modyfikacje - czyta mnie lepiej niż ja siebie- moje
oddanie i szacunek pogłębiają się jeszcze i jeszcze bardziej.
Komentarze
Prześlij komentarz