Dziennik z podróży: do mojego Kapitana

 Zaraz minie 4 lata… kiedy zaczęła się ta szalona przygoda. Nasza relacja M/s. I mimo, że do tego momentu jeszcze chwila, to chciałabym coś napisać o tym, co za nami. Były wzloty, były upadki, były fascynacje, były kryzysy i moje „nie nadaję się do tego” powtarzane przynajmniej kilkunastokrotnie. Był okres prawie codziennej intensywnej tresury na początku i okres złagodzenia protokołu i większej swobody, z którą nie zawsze umiałam sobie poradzić. Był okres kontroli tego, co robię, jem, gdzie jestem. Był okres fascynacji i okres zrezygnowania. Był okres intensywnych inicjatyw społecznościowych, było poznawanie innych ludzi, odkrywania ekshibicjonizmu i eksperymentów, były imprezy i był okres skupienia się na sobie. Były spełnione fantazje i były rozczarowania. Było służenie spokojne jak cicha tafla jeziora, ale były  też burze i sztormy.  Były wątpliwości, smutek, złość. Była pewność, radość, euforia i szczęście. Był mój egoizm i walka z tym, by było jak Pan chce. Było oddanie siebie i odpuszczenie swoich pragnień. Były błędy i było „przepraszam”. Były zaskoczenia i piękne niespodzianki. Były godziny rozmów. Była zalewająca przyjemność. Było szukanie inspiracji u innych, było też szukanie prawdy w sobie. Byłam rzeczą, byłam zwierzątkiem, byłam egzotyczną niewolnicą, byłam ofiarą i zdobyczą, byłam córeczką, byłam kochanką, byłam asystentką, byłam doradczynią, byłam służącą, byłam pierwszym oficerem na naszym statku…

Ostatnio przeczytałam dość ciekawą książkę o stylach w relacjach M/s (R. Kaldera, Paradigms of Power: Styles of Master/Slave Relationships). Fascynująca lektura dla tych, którzy ciekawi są co może się kryć pod taką relacją i dla tych co szukają inspiracji. A może kryć się tak wiele – od inspiracji militarnych, wiktoriańskich, antycznych, feudalnych, fantasy, bycie rzeczą, bycie zwierzątkiem, Dd/lg aż po modele korporacyjne (CEO) czy M/s widziane jako droga duchowa. Jest tam jednak także jedna bardzo ciekawa analogia – do statku. Już raz jej użyłam.

Wypłynęliśmy na nieznane wody, prowadząc nasz statek przez meandry takiej relacji. Podejmując ryzyko, że ta podróż nas zmieni i nie będzie już powrotu, bo sami staniemy się inni. Podejmując ryzyko, że nasza więź może zostać sprawdzona na milion różnych sposobów. Podejmując w końcu ryzyko, że możemy po drodze uszkodzić nasz statek na nieznanych wodach.  Staje teraz więc po prawie czterech latach naszej podróży (a tak naprawdę po kilkunastu) i patrzę na nasz statek. I widzę, że nie pomyliłam się za wiele, bo to wszystko się wydarzyło. Patrzę już inaczej niż na początku, gdy opanował mnie entuzjazm nowicjusza, chciałam wszystko, wszędzie i ciągle, płynąc dalej, zdobywać i odkrywać. Patrzę może świadomiej, dojrzalej, spokojniej… Widzę i dostrzegam niuanse, których nie umiałam dostrzec, szarości, tam gdzie wcześniej była czerń i biel, ważę wagę słów, bo poznałam ich znaczenie, i wiem z całą pewnością - jak wiele jeszcze… nie wiem.

Cieszę się, że wyruszyłam w tą podróż z Tobą mój Kapitanie. I jestem ciekawa jej dalszych etapów... Dziękuję mój Kapitanie!

Ale dla tych, którzy to czytacie: Nawigujcie bezpiecznie!

kajira orja

Komentarze

  1. Jak zawsze pięknie, mądrze, dzisiaj nieco nostalgicznie napisany post. Czytać Ciebie to wielka przyjemność i radość, dziękuję 😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję awe :)) Fajnie, że się odezwałaś! Tak nostalgicznie, życiowo, prawdziwie, bez lukru ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty