Sztuka odpuszczania

 Gdy myślę sobie o największych trudnościach, z jakimi przychodzi mi się mierzyć w swoim niewolnictwie, to jedną z nich jest sztuka odpuszczania. Chciałabym tu napisać, że poradziłam sobie z tym i umiem to, ale mam wrażenie, że dopiero dotknęłam prawdziwego zrozumienia tego tematu.

Każdy z nas ma swoje pragnienia, marzenia, albo zwyczajne "zachcianki". Nie da się całkiem zrezygnować z tego, że czasem czegoś "chcemy". W końcu każdy z nas jest tylko człowiekiem, a i takie pragnienia i zachcianki trochę nas napędzają. Przynajmniej ja tak mam. W niewolnictwie jednak uczę się tego i mierzę z tym, że moje pragnienia mogą zostać uwzględnione, ale.. nie muszą. Nie trudno sobie wyobrazić, że nastawiasz się na coś, bardzo czegoś chcesz, a potem okazuje się, że Pan robi zupełnie coś innego. A teraz coś co wyobrazić sobie trudniej: Pan mówi "zrobimy X" a potem tego nie robi... Frustracja sprawia, że chcesz krzyczeć, ale nie robisz tego. Master zmienił decyzję, i ma prawo do tego. A co jeśli - w jego uśmiechu widzisz i dociera to do Ciebie, że zrobił to w pełni celowo, by sprawdzić Twoją reakcję i to czy faktycznie jesteś gotowa podążać za Nim i poddać swoje zachcianki. To mocny moment.

Prędzej czy później w takiej relacji spotkamy się na swojej drodze z tym, że usłyszymy "nie" albo coś zadzieje się zupełnie inaczej, niż oczekiwaliśmy czy sobie wyobrażaliśmy. Paradoksem jest wręcz to, że nie da się poczuć naprawdę bycia niewolnicą, bez usłyszenia "nie", bez nagięcia woli. Z jednej strony "wiedziałam to" wchodząc w niewolnictwo, z drugiej zaś zrozumienie tego na głębokim poziomie (jakie przychodzi dopiero gdy czegoś doświadczamy) zajęło mi zdecydowanie więcej czasu. I wciąż bywa wyzwaniem. Z czasem zauważyłam bardziej ogólne zmiany np. to, że nabrałam sztuki lekkiego dystansu do swoich pragnień i zachcianek (dość to chyba stoickie?). Z drugiej strony wciąż je mam i to część mnie (W końcu są czasem fajne, a i mój Pan docenia czasem moją inicjatywę). Nie chodzi o to by się ich całkiem pozbyć, ale by zaakceptować to, że mogą nie zostać uwzględnione.

Jest jednak jeszcze coś, jakby kolejny i głębszy "poziom" na który wchodzę - zaczynam coraz bardziej "dostrajać się" do pragnień i zachcianek mojego Pana i w tym sensie zwiększa się coraz bardziej nasza kompatybilność. Staje się powoli coraz bardziej taka, jaką mnie chce i chcę tego, czego On chce. To nie są gwałtowne zmiany, raczej powolne rzeźbienie w kamieniu. Zmieniam powłokę i formę pod dłutem rzeźbiarza, chociaż wciąż jestem tym samym materiałem.

(Mimo wszystko chyba warto to dodać - rzeźbiarz musi to robić umiejętnie, żeby nie zepsuć materiału. Myślę, że to ważna uwaga, żeby właściwie zrozumieć ten tekst ;))

Komentarze

Popularne posty