Posłuszeństwo…
Od dawna chciałam napisać wpis o posłuszeństwie. O tym, co oznacza dla mnie, w relacji w której jestem. Jednak doszłam do wniosku, że tu w zasadzie niewiele jest do napisania, poza tym, że jest to bardzo proste i trudne zarazem. Proste, bo Pan mówi A i robisz A, trudne bo... to nie zabawa, tylko zwyczajne codzienne życie. Czasem jest poważnie, czasem zupełnie na luzie. Czasem sa to zadania i praktyki, czasem to przesuwanie swoich granic dalej, czasem to zwyczajne "Zrób popcorn" do filmu na Netflixie. Wszystko się przeplata, codzienności, klimat, a może ten nasz klimat to już po prostu codzienność?
Czasem oczywiście bywa ciężko.
Posłuszeństwo bowiem to także trudne i nużące zadania. Czasem pojawiają się na
tej drodze kryzysy, ale nie przejmuje się nimi już za bardzo. Są normalne, bo
jestem człowiekiem, a i kryzysy mają to do siebie, że pozwalają nam
"przejść dalej" (jeśli są dobrze rozwiązane, przegadane, zaopiekowane).
Pan szybko potrafi mi bowiem przypomnieć, gdzie moje miejsce i jaka jest moja
rola. Jednocześnie jednak nigdy nie wymaga ode mnie czegoś, czego wcześniej
sama nie pragnę Mu już dać... Nie spieszy się, nie pogania, a jednak
przekraczam kolejne etapy, nawet nie wiem kiedy.
Potrafi mnie "ustawić" jednym gestem, zdaniem, spojrzeniem... Mam w pamięci mnóstwo momentów, gdzie posłuszeństwo poczułam mocno, chociaż czasem całą "scena" trwała tylko chwilę. Czasem to "tylko" krótka wymiana zdań...
*
- Zrobisz to drugi raz?
- Postaram się... Panie.
Mocno złapał mnie za ramię.
- Nie ma "Postaram się".
**
Wychodzę z łazienki i widzę, że Pan czyta:
- A może by Pan już przerwał czytanie? -
pytam naiwnie :).
Wstał. Podszedł do mnie bez słowa i
spoliczkował. Nic nie powiedziałam poza "Przepraszam...".
"Nie będziesz mi mówić co mam robić,
jasne?" powiedział spokojnie, a ja przeprosiłam jeszcze raz.
Wziął moja twarz w ręce, obejrzał. I
pocałował mnie w czoło. Roztapiam się jak glina w Jego dłoniach.
***
Pomagam Panu gotować, co oznacza, ze
absolutnie nie mogę niczego dotknąć dopóki On nie pozwoli. Jestem nago i w
obroży a Pan postawił sobie w kuchni szpicrutę, która mnie pogania.. W końcu
dostaje zadanie :
-Umyj sałatę
Myję sałatę, w środku jest ślimak...
- Ślimak - mówię.
- Wynieś go na zewnątrz.
- Ok, wezmę tylko jakiś papierek. (z myślą
żeby go nie dotykać, bo jest obślizgły i wzbudza to we mnie wstręt)
- Nie... Rękami.
Patrzę z miną zbitego psa... waham się.
- Wolisz ręką czy zębami?
****
Pan odpoczywa na kanapie, a ja ogarniam
obowiązki i w końcu klękam koło Niego jak zwykle. Jest zajęty i nie zwraca na
mnie za wiele uwagi.
- Umyj mi stopy - mówi.
Wstaje, żeby pójść po miskę, mydełko i
ręcznik, ale szybko mnie zatrzymuje.
- Nie, nie tak... Językiem!
Wystawiam język i zaczynam licząc, z myślą, że za chwilę przerwie. Minuty mijają, ale On nie przerywa. W głowie nie mam nic, jest jakby automatyzm w spełnianiu poleceń... Nie myślę, On myśli za mnie, On jest moja wolą. Ja jej nie mam... Jestem narzędziem.
*****
Pan usiadł na kanapie.
- Nadu! - powiedział, i grzecznie zajęłam
miejsce u Jego stóp. Rozmawiał, a ja czekałam, patrzyłam, łowiłam wzrokiem inne
osoby, które przyglądały mi się z wzajemnością. A potem Pan pociągnął mnie za
obroże do swoich stop i tam, wśród tych wszystkich ludzi, całowałam z namiętnością
Jego buty. A potem kazał położyć mi się na podłodze przed nim, wyciągnął nogi i
położył je na mnie, tak że stałam się podnóżkiem, meblem, przedmiotem. A wtedy
usłyszałam jak mówi do innego Mastera z którym rozmawiał "Może masz ochotę
skorzystać?" i zamarłam... Ale nie ruszyłam się ani o centymetr. Mało tego
w zasadzie to ucieszyłam się, że mogę pokazać swoje posłuszeństwo. Jestem
gotowa spełnić każde polecenie, które mi wyda. Ale i niczego już nie oczekuje.
Mogę spędzić cały wieczór klęcząc w nadu, niezauważona przez nikogo. Teraz
jednak zalewa mnie fala wdzięczności, że mnie szkoli, tresuje, że pozwala mi
pokazywać moje oddanie, także publicznie, że jestem własnością o której
decyduje w pełni, w każdym aspekcie... że jestem Jego kajirą.
Komentarze
Prześlij komentarz