Kajira i inni
Mówi się, że każdemu jego klimat... Moje podejście to życie w mojej relacji 24/7 jako niewolnica. To nie jest role play czy larp, to nie jest też zabawa na określony czas, to zwyczajne codzienne życie, w związku opartym o inną dynamikę władzy. Obroża i oznaczenie własności są dla mnie bardzo poważną sprawą. To jeden aspekt, ten najważniejszy. Jednak dziś chciałabym napisać nie o relacji, ale o praktykach i interakcjach z innymi.
Przed dołączeniem do społeczności miałam wyobrażenia
mniej więcej takie: "inteligentni i kulturalni Masterzy trzymający na
smyczy swoje posłuszne i wyuzdane niewolnice." Ten świat oparty miał być
na wartościach - szacunku do innych, kulturze osobistej, odpowiedzialności i
etyce. Możecie sobie wyobrazić, że trochę się zdziwiłam, gdy okazało się, że
jednak to wszystko wygląda inaczej :-).
Nie przeszkodziło nam to jednak szukać innych, którzy
mają podobne spojrzenie i znaleźliśmy to w Gorean (przede wszystkim) i wśród
osób, którym bliskie M/s lub tzw. Stara szkoła. Dziś często protokół i zasady
są wyśmiewane, kojarzone ze „sztucznością” lub hipokryzja (czyli piękne słowa
wykorzystywane przeciwko naiwnym młodym kobietom). Tak się też niestety zdarza,
że idee mogą być źle użyte. Dziś chce jednak napisać o tym, że dla mnie
osobiście protokół i bycie kajirą mojego Mastera w społeczności ma dla mnie
swój niezaprzeczalny urok.
Uwielbiam, gdy mój Pan trzyma mnie za obroże i jednocześnie klęczę obok innych uległych i niewolnic. Uwielbiam, gdy mówi "Podziękuj Masterowi X" za interakcje, która przed chwilą miała miejsce, za to, że mogłam służyć innej osobie. Tak, dokładnie Masterowi X... A nie "podziękuj X” itd. Uwielbiam momenty, gdy podział ról jest jasny. Gdy to ja jako niewolnica jestem nią nie tylko wobec Pana, ale niejako też wobec wszystkich innych, zabawka, rzecz, która można pożyczyć, jednocześnie jednak cenna. Ktoś (mam nadzieję, że się ten ktoś nie obrazi, że pożyczę tę metaforę ;-)) ostatnio porównał kajire do drogiego samochodu. Posiada się ją, dba o nią, czasem pozwala komuś obejrzeć albo bierze na przejażdżkę, ale tylko zaufane i wybrane przez siebie osoby. Uwielbiam momenty, gdy tak się dzieje, bo doświadczam wtedy i uczę się też posłuszeństwa wobec mojego Właściciela, chociaż to akurat zrozumiałam dopiero jakiś czas temu. Bo to On wybiera osoby, którym pozwoli orję dotknąć, może pozwoli innej osobie mnie wychłostać, może związać, może użyczy orję jako podnóżek, a może jeszcze inaczej pozwoli się mną pobawić. Nie ja o tym decyduje. Jestem Jego własnością, czuję to wtedy mocno, wyraźnie, namacalnie, z wszystkimi konsekwencjami... Nawet już się nie waham, po prostu wykonuje polecenia, na oczach innych ludzi, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Ciężko mi to opisać, ale przekraczam płynnie i chętnie kolejne swoje granice. A gdy to się dzieje i uświadamiam sobie, że oto dopiero co poznana osoba (inny mężczyzna, ale tak, też i kobieta) robi ze mną coś, bo mój Pan jej pozwala - oh, uwierzcie, że to jest dla mnie naprawdę "mocne"... Moje fantazje spełniają się na moich oczach, krok po kroczku.
Żeby to wszystko zdrowo działało potrzebni są ludzie.
Ludzie którzy szanują zasady i szanują Jego jako mojego
Właściciela, naszą dynamikę, są odpowiedzialni, kulturalni i godni zaufania. A także chętni na takie podejście. Jeśli Dominujący
mówi "nie chce by mnie ktokolwiek tytułował, to dla mnie narzucanie
dynamiki" to oczywiście ma pełne prawo tak sądzić. Jednak to nie jest coś
czego szukamy w interakcjach z innymi. Nie szukamy jednak też sztuczności i
zmuszania się do czegoś. Szukamy naturalności. Tego, że protokół sam "się
dzieje" interakcje same się dzieją, że nie przeszkadza to po drodze śmiać się i bawić, że wszystkie
osoby obecne czują flow i bawią się tym. Szukam przyjemności i dobrej zabawy w
specyficznej i wyjątkowej atmosferze, którą nazywam „goreańską”, gdzie wszystko
jest możliwe… ;). Doświadczam jej czasem w szerszym gronie i są to przecudowne
momenty, które wiele mi dają. Uczą pokory, posłuszeństwa wobec mojego Pana,
uczą cierpliwości i pokazują mi mocno i wyraźnie co to znaczy być kajirą.
To jest coś niesamowitego i w pełni podzielam Twoją (Waszą) perspektywę i podejście do społeczności, do innych. Mój Pan zamyka to w ramach: "spontan, naturalność i flow". Kiedy wszystko dzieje się "samo", naturalnie. Bez spiny, presji, wymuszenia. W atmosferze dobrej zabawy, akceptacji, zrozumienia. Ja dopiero uczę się doświadczać takich chwil tak naprawdę. Poznaję ich smak. Wcześniej tylko obserwowałam z boku. A jeszcze wcześniej... Jeszcze nie tak całkiem dawno, mówiłam, że publiczne interakcje z nikim, nigdy, nigdzie i w żadnej formie... Teraz wiem, że w gronie zaprzyjaźnionych, zaufanych, klimatycznych osób czuję się z wieloma rzeczami swobodnie i ok. Przyjemnie. Kolejne imprezy i wydarzenia na nich (najpierw w charakterze obserwatora, a ostatnio już delikatnie i nieśmiało w charakterze tej, która również doświadcza - dzięki mojemu Panu), utwierdzają mnie w przekonaniu, jak bardzo się zmieniłam przez ostatnie 3 lata... Teraz jestem dużo bardziej otwarta. Moje granice i fantazje się przesunęły nieco. I podoba mi się to. Chcę więcej... Nie mogę się doczekać kolejnych okazji. :) Cudownie jest obserwować i przeżywać doświadczając jednocześnie.
OdpowiedzUsuńWszyscy się rozwijamy ;)
Usuń