Otchłań

 Jestem jego...

Ta myśl równocześnie ciągle mnie przeraża i ciągle daje ukojenie.

Przeraża, bo jak to... Należeć do kogoś? Zdać się na drugą osobę, jej decyzję, zakazy? Zdać sobie sprawę, że cokolwiek chciałabyś zrobić – nie jesteś w tym wolna. Ale czy tylko tak można na to patrzeć?

Daje ukojenie, bo... Pozwala nie myśleć, oddać się, zaufać... Nic nie czyni mnie bardziej szczęśliwą niż momenty, gdy Pan ze mnie „korzysta”, gdy służę, gdy słyszę, że jestem dobrą dziewczynką, gdy wprowadza mnie w subspace i zabiera mi resztki woli. Nic nie czyni mnie bardziej szczęśliwą niż możliwość przytulenia się do Jego nóg, pocałowania Jego dłoni, Jego czuły dotyk... 

Ostatnio chyba zrobiłam krok w tył, obejrzałam się na chwilę za siebie i na boki, żeby zobaczyć jakie ścieżki mam do wyboru. Zrozumiałam, że nie mogę mieć wszystkiego. Że nie mogę się temu oprzeć, by być Jego. Oddaje coś w zamian za to, co otrzymuje. (Czyż nie jest to prawda uniwersalna, jeśli chodzi o wybory życiowe? Nie da się iść przez życie kilkom ścieżkami na raz).

Odpuściłam oczekiwania... Zmieniłam je na "prośby". Może odpowiedzieć na nie lub tak. Nie frustruje mnie to już, chociaż czasem mi smutno. Miałam w głowie listę  dot. rzeczy, które się muszą zadziać, fantazji do spełnienia, próbowałam obejść to na około, jak nie drzwiami to oknem. W końcu stanęłam przed ścianą. To Pan decyduje o tym co i kiedy się dzieje. Może odmówić. Może nie chcieć. Niby to wiedziałam, ale jednak dotarło to do mnie namacalnie dopiero teraz. Teraz mam w głowie listę próśb. I liczę się z "nie", bez oczekiwania, że to „nie” zmieni się kiedyś na „tak”. Niby drobna rzecz, a zmiana myślenia trwała miesiące. W końcu jestem tu i teraz. Gotowa służyć dalej bez względu na to czy moje fantazje i oczekiwania zostaną spełnione czy nie. (Jak trudno w ogóle w związku przejść z trybu "oczekuje" na "proszę" i liczę się z odmową...). Samo napisanie tych słów jest łatwe, ale uświadomienie sobie tego nie przyszło łatwo. Czuję, że znowu zapadam się coraz bardziej w swoją niewolę.

Przeczytałam ostatnio bardzo fajną wypowiedź na temat relacji M/s. One są jak otchłań. Nie mają końca. Otchłań może przerażać, gdy stoisz na jej brzegu. Ale ostatecznie okazuje się być całkiem przyjemna i bezpieczna. A jednak jest otchłanią… Nie ma momentu, gdy można stwierdzić „oto granica”. Zawsze można pójść dalej, odkryć coś nowego o sobie, ta droga się nie kończy. I dla Mastera, i dla niewolnicy. To On prowadzi ją przez tą otchłań, mniej lub bardziej świadomie, a jednak to robi.

Czuję, że wkraczam w jakiś nowy etap... Wchodzę dalej w otchłań... 

Komentarze

  1. Jak zawsze pięknie piszesz o emocjach, odczuciach w relacji. Bardzo dużo daje jej twoje spojrzenie na tematy które poruszasz, z którymi awe ma problemy...bo ciągle je ma...
    W tym wpisie poruszyłaś temat oczekiwań i już wie awe co ma robić....nie oczekiwać niczego tylko się oddać woli Pana...to takie proste...a zarazem takie trudne...lecz skoro ty masz takie dylematy, a jesteś dla awe wzorem to ....to łatwiej jej będzie się z nimi awe uporać...bo świadomość że nie tylko ona ma takie przemyślenia dodaje sił to przezwyciężania i walki ze swoimi słabościami.
    Dziękuję za to że jesteś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że zaglądasz tu :). Myślę, że każda z nas ma dylematy. Wyrzec się oczekiwań i pogodzić z brakiem decyzyjności jest trudno. Niewolnictwo nie zawsze jest przyjemne. Ale z jakiegoś powodu je wybrałyśmy :).

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty