Gdzie kończy się klimat?
Wciąż mi Go mało i mało. W sumie tak było od zawsze. Nie nudzimy się nigdy ze sobą i uwielbiamy spędzać czas razem. Tak naprawdę dla mnie wszystko co robimy razem i co robię dla Niego jest... klimatem (jak często mówi się o bdsm czy GL). Przynajmniej odkąd jesteśmy w takiej relacji.
Owszem - czasem ten "klimat" widać wyraźniej. W czasie praktyk.
Wieczorami, gdy siadam na podłodze zamiast na kanapie. W momencie, gdy mówię
Panie. Gdy po prostu leżę na podłodze jak zwierzątko. Albo jestem podnóżkiem
Pana. Albo jak jesteśmy na imprezie klimatycznej, gdzie mogę być na Jego
smyczy, widzieć inne osoby, czuć wspólnotę z inną uległą... Albo gdy skupiam
się na bólu, który mnie odcina od tu i teraz.
Ostatnio takiego doświadczyłam. Było na tyle ciężko, że Pan w trakcie
przypominał mi o słowie bezpieczeństwa, gdybym dotarła do granicy. Miałam je w
głowie, ale zupełnie nie chciałam go używać, byłam ciekawa, gdzie to
doświadczenie "na granicy" mnie zabierze. Spociłam się. Wyłam.
Prosiłam błagalnym wzrokiem o koniec. A jednak cieszę się, że nie przerwał.
Gdyby przerwał przy pierwszej mojej słabości - nie doszłabym do tego punktu
"oczyszczenia".
W każdym razie to wszystko można nazwać "klimatem" w takim
standardowym ujęciu... Scena, sesja, praktyki bdsm... Ale to nie wszystko.
Bo jak więc nazwać całkowicie normalne oglądanie wspólnie filmu, gdzie leżę
na kanapie obok Pana, pod kocykiem, wtulam się w Jego ramię i czuję się
niewolnicą o wiele bardziej niż w czasie chłosty?
Jak więc nazwać to uczucie, które czuję, gdy w trakcie normalnej rozmowy (w
czasie rodzinnego spotkania!) On mówi do mnie spokojnie, acz stanowczo
"Teraz ja mówię, nie przerywaj mi"?
Jak więc nazwać to uczucie, gdy wstaje rano, zajmuje się wszystkim w domu,
szykuje kawę, śniadanie i cieszę się strasznie, że Pan śpi dłużej, a ja
zdarzyłam wszystko przygotować?
Czy to, co czuję to klimat? Czy namiętność w czasie zwykłego seksu
to klimat?
Nie umiem jasno oddzielić linią "to klimat", a to "nie
klimat". Wszystko jest płynne i się przeplata. Jeden gest czy zdanie
potrafi sprawić, że zalewa mnie miłe uczucie uległości. Drobny gest sprawa, że
czuję mocno bycie niewolnicą, zwierzątkiem,
własnością. Klimat dla mnie to On. Każdy moment razem może w każdej chwili stać
się momentem, który aktywuje moją uległość. A nawet jeśli nie... To wciąż i
stale jestem Jego własnością. Nie ważne czy jestem w domu, w pracy, na
zakupach. Ciągle czuję się Jego. Nawet jeśli z zewnątrz nic nie widać i jest
teoretycznie bardzo waniliowo...
Gdy tęsknię za klimatem... (a czasem się zdarza w natłoku codzienności, w
niezaspokojonej potrzebie bycia blisko). Tęsknię za Nim. Za byciem dla siebie
nawzajem w tej prostej, głębokiej uważności na siebie, w symbiozie dominacji i uległości.
A czemu klimat ma się gdzieś kończyć ?
OdpowiedzUsuńKlimat to Wy, Wasz świat, Wasza codzienność i święta... Wasze wspólne życie...
Czasami widoczny dla oczu innych, czasami przed niepowołanymi oczami ukryty...
Jest i nie kończy się.
Tak, masz w 100% rację i pięknie to napisałaś :). Zainspirował mnie jednak do tych rozważań taki podział, który często się pojawia w dyskusji "Klimatycznie to i to, a w codzienności to i to". I faktycznie doszłam do wniosku, że to ciężko czasem u nas rozdzielić.
UsuńKlimat... jest w nas ...i jeśli tak czujemy to nie ma granic, nie kończy się i nie zaczyna, po prostu...jest....
OdpowiedzUsuńMasz rację awe :)) Miło, że zajrzałaś! ;)))
UsuńOj dokładnie... klimat się nie kończy! :)
OdpowiedzUsuń