Niewolnictwo jest w głowie
Pan zapytał mnie ostatnio „Czy zrobiłaś
to dla mnie, czy dla siebie, żebyś mogła myśleć, że robisz to dla Pana?”.
Niesamowite… kiedyś Pan by nie zauważył nawet tego rozróżnienia. Tak, jak ja
rozwijam się w uległości, tak samo mój Pan rozwija się w dominacji. Zaskakuje
mnie swoją przenikliwością. Nie mówi dużo, ale gdy już mówi, mówi tak, że
dociera do głębi.
Pisałam tu już kiedyś o różnicy pomiędzy
uległą, niewolnicą i kajirą. Chyba zaczynam patrzeć na to jeszcze inaczej.
Zaczynam rozumieć różnice. Kajira żyje dla Pana, jest nastawiona na to, czego
Pan chce. Nie chodzi jej tylko o przyjemność dla siebie, o egoistyczne zaspokojenie
swoich potrzeb, to nie układ, nie negocjacje, nie sesja na
równorzędnych zasadach… Stawanie się kajirą… to proces. Proces zmiany myślenia, proces
przestawiania się z egoistycznego myślenia o sobie, o swoim „ja”, na myślenie o
„Panu”. Z jego przyjemności kajira czerpie, w jego zaspokojeniu ona znajduje
zaspokojenie, w jego radości – swoją radość. Dla mnie to ścieżka bezwarunkowej miłości.
Tak, dokładnie – miłości, chociaż jakże to dziś niepopularne słowo, a już tym
bardziej w „klimacie”. A jednak. Nie oddaje się tylko swojego ciała, to zrobić
jest łatwiej. Oddaje się całą siebie, całą duszę. Wciąż odkrywam nowe i nowe aspekty tego oddania, a
myślę, że to dopiero początek.
Są we mnie dwie kobiety. Jedna dąży do
wolności, druga dąży do totalnego zniewolenia. Jedna jest zamknięta na swoją
uległość i seksualność, i chce ją odrzucić, bo się tego boi. Druga zatapia się
w oddaniu i w tym znajduje przyjemność. Trudno jest na początku zaakceptować to, że marzysz
o czymś takim. Trudno zaakceptować fakt, że odnajdujesz w tym przyjemność. To nie odbywa się to bez walki. Bunty są czymś naturalnym. Nie są to bowiem tak
naprawdę bunty przeciw Panu, to bunty przeciw sobie samej, przeciw swojej
uległości. Ja też się buntowałam, bałam się odsłonięcia, jakie ona ze sobą niesie. Bo takie oddanie
oznacza zdjęcie całego „pancerza” z siebie, porzucenie wszelkich mechanizmów
obronnych.
Przez bunty trzeba przejść. Nie ma poddania się i uległości
bez przejścia przez bunty, bez zrzucania tego pancerza. Czasem robisz krok
wstecz, by zrobić dwa do przodu. I tak krok po kroku i dzień po dniu, rozmowa
po rozmowie, bunt po buncie. Ostatecznie…. zmienia się Twoje myślenie. Tak jak
zmieniło się moje.
W pewnym momencie patrzysz w lustro i
czujesz się niewolnicą. Wiesz, że to się stało/dzieje się i
nie wiesz kiedy zaczęłaś się zmieniać, jak to się stało i czy to koniec, czy
dopiero początek. Wszystko co myślałaś o sobie i związkach okazało się
fałszywe. Przyjmujesz za oczywistości, że on jest Panem, że zna Cię lepiej niż
Ty sama, że poddajesz się Jego decyzjom. Zaczynasz łapać się na myśli, że
spełnisz Jego każde polecenie. Uznajesz, że jest nad Tobą i że to całkiem
naturalne. Na dodatek takie… przyjemne, błogie. W ogóle przestaje Cię to dziwić, zaczynasz się tym cieszyc, być z tego dumna.
Moje niewolnictwo jest w głowie. To
konsensualne niewolnictwo – ktoś powie, zawsze można odejść, nie trzymają Cię realne łańcuchy. I tak jest. (O konsensualności takiej relacji zamierzam niedługo napisać). Ale jeśli Pan dobrze prowadzi niewolnicę i dba o nią to wszystko nie ma znaczenia. Trzymają mnie łańcuchy w mojej głowie. Jego
łańcuchy, Jego obroża. To jest niewola z której nie ma ucieczki. Mało tego.. ja wcale nie chce z niej uciekać :).
Bunty były, są i będą, ale jak patrzę w lustro i czuję się Jego to uśmiech sam pojawia się na twarzy. Takiego wpisu potrzebowałam! Dziękuję :)
OdpowiedzUsuńProszę bardzo :). W sumie tak myślałam, że Ci się spodoba :)
UsuńCzytam ten wpis już enty raz...i ciągle nie wiem co napisać...bo czy może awe jeszcze coś dodać do tego co zostało przez Ciebie opisane?...jak zawsze awe jest pod wrażeniem Twoich przemyśleń :)
OdpowiedzUsuńJak zwykle dziękuję :)
Usuń