Długa droga do akceptacji siebie - nasza historia
Zdominował mnie już na samym początku
naszej relacji. Teraz to widzę. Znaliśmy się, rozmawialiśmy, przyjaźniliśmy. Ja
już wtedy Go wybrałam, chciałam, żeby zwrócił na mnie uwagę, pamiętam kilka
momentów, kiedy Jego obecność wzbudzała we mnie dziwne poruszenie ale nie
miałam odwagi zrobić nic więcej, bo był w związku. Kiedy znowu był wolny,
złożyło się tak, że pojechaliśmy razem na wyjazd w gronie przyjaciół. Leżeliśmy
obok siebie… te dłonie na moim ciele pamiętam do dziś. Po prostu zaczął mnie dotykać. Mogłam w każdej chwili
powiedzieć „nie”, a jednak nie zrobiłam tego, chciałam więcej i więcej.
Pozwoliłam na to. Uległam już wtedy i wciąż ulegam. Te same dłonie dotykają
mnie wciąż i wciąż, i nie mogę się im oprzeć.
Potem trafiłam na blog pewnej
uległej. Nie wiem czy było to przypadkiem, czy jednak… czegoś szukałam.
Pamiętam z jakim przejęciem go czytałam (w życiu nie sądziłam, że będę kiedyś po drugiej stronie :)). Wiem, że to był moment, kiedy z Panem
już eksperymentowaliśmy. Wtedy doświadczyłam tego uczucia, przyjemności
wynikającej z ulegania… A jednak zabrakło mi odwagi, by powiedzieć o tym tak
mocno i wyraźnie, więc nie powiedziałam nic. Myślę, że ta dynamika w dużej mierze towarzyszyła nam
częściowo już wcześniej. Na przykład nigdy w seksie nie powiedziałam, że czegoś
nie zrobię. Cokolwiek chciał – ja byłam gotowa to zrobić, chociaż czasem
potrzebowałam zachęty, byłam w tym niesamowicie nieśmiała.
Pamiętam scenę jak stoję na przystanku i
jadę do Pana i cały świat się zatrzymuje, tak mocno działa na mnie to, co
napisał. Wiele razy wyobrażałam sobie sceny bycia
niewolnicą, sprzedaną, zabraną przez Pana. Nie zliczę ile takich fantazji
miałam. Ale z drugiej strony myślałam: „Jak to, ja? Kobieta w 21 wieku? Wykształcona, wierzącą w partnerstwo na każdej płaszczyźnie. Nie, to
tylko fantazje, wcale ich nie chcę”. Nigdy o nich nie powiedziałam. Pamiętam
sceny, gdy lubiłam jak otaczają Go inne kobiety. Na zewnątrz „udawałam” trochę
zazdrosną, bo myślałam, że powinnam (przecież, skoro nie jestem zazdrosna, może
pomyśli, że mi nie zależy?...).
Zawsze zdawałam się na Jego decyzje we
wszystkim. W życiu był (i jest) moim mentorem, konsultowałam z Nim wszystkie
ważne decyzje, podążałam zawsze za Jego radą i wydawało mi się to całkiem
normalne. Bez tego miałam chaos w głowie. Pan zawsze wiedział jak ten chaos
poukładać. Nadal to robi i nadal podążam za Jego radami.
I być może dlatego, że nasza relacja
miała te elementy, dawało mi to satysfakcję i nie musiałam nic więcej zmieniać.
Tak samo jak dawało to satysfakcję Jemu. Ale mijały lata i powoli przestało nam
to wystarczać… Coś się zmieniło. Nadal nie wiem co, chociaż mam swoje
podejrzenia. Może nadszedł odpowiedni moment, może dojrzeliśmy do tego oboje.
Wiem, że przez jakiś czas wkradła się rutyna, zaczęliśmy siebie unikać,
oddaliliśmy się mocno, rodziło to wiele frustracji. Stanęliśmy na rozdrożu,
albo coś się zmieni, albo oddalimy się jeszcze bardziej... I wiadomo jak to się
skończy. Wtedy całkiem naturalnie i bez żadnych ustaleń… zaczęła się moja
tresura. Nie wiem dlaczego, ale po prostu pewnego razu związał mnie, zdominował
tak mocno, jak nigdy wcześniej… a ja po pierwszym razie popłakałam się. Wszystko „ożyło” na nowo i
wiedziałam, że tym razem już tego nie ukryję.
W końcu po jakimś czasie w przypływie
impulsu znowu włączyłam Internet. Poczytałam i pomyślałam „To ja! To my! Tego
chcę… Tego zawsze chciałam. Teraz już wiem kim jestem… Kim jesteśmy oboje.
Takich ludzi jest więcej, cóż to za ulga…”. W ogromnym stresie, a jednak…
odważyłam się i podesłałam Panu różne rzeczy, w tym artykuł - wywiady z
niewolnicami, kajirami. Pan odpowiedział, odniósł się do tego artykułu jakby to było coś
zupełnie normalnego: „Tym chcesz się stać, chcesz być niewolnicą? Czemu nie
mówiłaś wcześniej?…”
Kilka miesięcy później uklęknełam. Wciąż się uczę, wciąż długa droga przede
mną, po drodze naznaczona wzlotami i upadkami. Uczę się Pana na nowo, Jego
innego oblicza, w które jakiś czas nie wierzyłam. Uczę się siebie na nowo, poznaje inne takie osoby i każde takie "spotkanie" wiele mi daje. Teraz już wiem kim
jesteśmy dla siebie, potrafię to nazwać, wyrazić, zrozumieć. I wszystko stało
się znowu takie proste. Mogę być szczera wobec Niego, w końcu nie muszę udawać.
Komentarze
Prześlij komentarz